Mieli ukryte aparaty w teczkach i parasolach. Tak komunistyczne służby tropiły uczestników Poznańskiego Czerwca 1956

Gdy tysiące robotników wychodziły 28 czerwca 1956 roku na ulice Poznania, domagając się chleba, wolności i godności, nie wiedziały, że niemal od pierwszych chwil protestu są uważnie obserwowane. W tłumie, obok pracowników fabryk, szli także funkcjonariusze komunistycznych służb bezpieczeństwa. Nie mieli mundurów, nie rzucali się w oczy. Zamiast tego nosili teczki, torby, książki i parasole, w których ukryto aparaty fotograficzne. Ich zadanie było jedno – zidentyfikować jak najwięcej uczestników buntu.

cyryl.plcyryl.pl
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

Dziś zdjęcia wykonane przez tajnych funkcjonariuszy są jednym z najcenniejszych świadectw Poznańskiego Czerwca 1956. Siedemdziesiąt lat po wydarzeniach zostały ponownie przypomniane i opublikowane przez Cyryl, pokazując nie tylko sam przebieg protestu, ale również skalę działań aparatu bezpieczeństwa.

  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • rocznica
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
  • cyryl.pl
[1/42] cyryl.pl Źródło zdjęć: Licencjodawca |

Władza nie spodziewała się tego, co wydarzyło się o świcie

Jeszcze w nocy z 26 na 27 czerwca przedstawiciele komunistycznych władz próbowali uspokajać sytuację. Liczono, że narastające napięcie wśród robotników uda się opanować i uniknąć otwartego protestu.

Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

Rankiem 28 czerwca ponad 10 tysięcy pracowników Zakładów im. Józefa Stalina, dzisiejszego H. Cegielskiego, opuściło swoje miejsca pracy. W krótkim czasie do demonstracji zaczęli dołączać mieszkańcy miasta. Protest błyskawicznie przerodził się w wielotysięczną manifestację, która zaskoczyła zarówno władze, jak i służby bezpieczeństwa.

Tajniacy ruszyli za demonstrantami

Szef Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu, podpułkownik Feliks Dwojak, już około godziny 8 skierował w tłum pierwszych funkcjonariuszy operacyjnych.

Ich zadaniem nie było rozpraszanie demonstracji. Mieli obserwować, fotografować i wskazywać osoby uznane za najbardziej aktywnych uczestników protestu. W języku bezpieki nazywano ich "wichrzycielami" lub "figurantami".

Każde zdjęcie mogło później stać się dowodem prowadzącym do aresztowania.

Aparaty ukryte w teczkach, książkach i parasolach

Funkcjonariusze wykorzystywali specjalistyczny sprzęt przygotowany do pracy pod przykryciem. Aparaty fotograficzne ukrywano między innymi w aktówkach, damskich torebkach, pod płaszczami i marynarkami, ale także w książkach czy parasolach.

Na wykonanych fotografiach do dziś widoczna jest charakterystyczna czarna, okrągła obwódka. To ślad po niewielkim otworze, przez który obiektyw wykonywał zdjęcia, pozostając praktycznie niewidoczny dla osób znajdujących się wokół.

Sprzęt wyposażono w specjalne maskownice oraz zdalne spusty migawki, dzięki czemu tajni funkcjonariusze mogli fotografować demonstrantów, nie wzbudzając podejrzeń.

Najważniejsze było jedno – na zdjęciu musiała znaleźć się wyraźna twarz osoby obserwowanej. Dlatego funkcjonariusze starali się ustawiać naprzeciw fotografowanych ludzi i wykonywać zdjęcia z niewielkiej odległości.

Byli robotnikami, listonoszami, a nawet księżmi

Aby nie zostać rozpoznanymi, funkcjonariusze korzystali z rozbudowanego systemu kamuflażu.

Przebierali się za robotników, listonoszy, inkasentów, osoby z niepełnosprawnościami, a nawet duchownych. Korzystali z peruk, sztucznych wąsów, brody, okularów czy specjalnych charakteryzacji imitujących blizny.

Jeżeli istniało ryzyko dekonspiracji, funkcjonariusz był wycofywany z tłumu i zastępowany przez kolejnego tajniaka.

Każdy krzyżyk oznaczał człowieka

Po zakończeniu działań fotografie natychmiast przewieziono do Warszawy, gdzie trafiły do Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego.

Tam rozpoczęła się żmudna analiza tysięcy zdjęć.

Nad głowami osób uznanych za szczególnie aktywnych uczestników protestu nanoszono charakterystyczne krzyżyki. Były one sygnałem dla śledczych, że dana osoba powinna zostać odnaleziona i zatrzymana.

Zdjęcia zestawiano z donosami tajnych współpracowników oraz informacjami przekazywanymi przez sieć informatorów działających w zakładach pracy.

Zdjęcie stało się początkiem śledztwa

Materiały zebrane przez funkcjonariuszy okazały się niezwykle skutecznym narzędziem represji.

Na podstawie fotografii oraz donosów zatrzymano kilkuset uczestników Poznańskiego Czerwca. Wielu z nich było brutalnie przesłuchiwanych podczas śledztw prowadzonych przez Urząd Bezpieczeństwa.

Ostatecznie przed sądem stanęły 22 osoby. Ich procesy przeszły do historii jako procesy "trzech", "dziewięciu" i "dziesięciu", od liczby oskarżonych w poszczególnych postępowaniach.

Po latach zdjęcia stały się świadectwem historii

Przez dziesięciolecia fotografie wykonywane przez funkcjonariuszy pozostawały materiałem operacyjnym komunistycznych służb.

Dopiero w 2006 roku trafiły do Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu. Dziś mają zupełnie inne znaczenie niż zamierzali ich autorzy. Zamiast służyć represjom, stały się bezcennym źródłem wiedzy o wydarzeniach z 28 czerwca 1956 roku i świadectwem odwagi mieszkańców miasta.

W 70. rocznicę Poznańskiego Czerwca portal Cyryl opublikował część tych unikatowych fotografii. To niezwykły zapis jednego z najważniejszych dni w historii Poznania – dnia, w którym aparat bezpieczeństwa próbował śledzić każdy krok protestujących, nie przypuszczając, że po latach wykonane przez niego zdjęcia staną się dowodem determinacji ludzi walczących o wolność, a nie siły komunistycznego państwa.

Wybrane dla Ciebie